15
cze-2015

Jak spotkać kangura i nie zwariować – poradnik praktyczny

– Szybciej, zanim kangury nas zobaczą! (Nigdy nie sądziłam, że wypowiem tak absurdalne zdanie. I to jak najbardziej POWAŻNiE). Roberto szybko wygrzebał kanapki z odmętów naszego plecaka, ale one już nas namierzyły. Kangury szły (kicały?) w naszą stronę.

Podrap mnie!

Słodziaki! Wiedzą jak człowieka podejść!

Jesteśmy w Australii. Australia = kangury, tak? Tak. No to gdzie te kangury? Cóż, w Sydney zobaczysz ich tyle, co białych niedźwiedzi na polskich ulicach. Do zoo jechać? No bez przesady – nie po to się człowiek tacha na drugi koniec świata, żeby bilet do zoo kupować. My zrobiliśmy to po swojemu – pojechaliśmy odwiedzić kangury w okolice bardzo sympatycznego szpitala psychiatrycznego. (Pojechaliśmy tam za darmo, co też jest dość istotne zważywszy na ceny w Sydney. Jak? Z prostym przewodnikiem stąd.

Więc jedziemy z samego centrum Sydney na tzw. „za miasto”, do Morisset. Wysiadamy. I jak „za miastem” bywa – nic. Nic nie ma. To idziemy drogą udeptaną, ktora prowadzi podobno do kangurów. Prowadziła – do spalonych samochodów w Bushlandzie. Potem przez krzaki i wodę. A potem zawrócilismy. Wracamy do miejsca, gdzie nic nie ma. Idziemy drugą drogą. Asfalt jest, ludzi brak. Łapiemy stopa (ach, te nowozelandzkie nawyki!) i zatrzymuje się facet, który jest chyba lokalnym autobusem dla turystów.

– Czy mógłbyś nas… – zaczynamy i nie kończymy.

– Kangury? – on już wie.

– Tak.

– Ok.

Po tej kurtuazyjnej wymianie zdań podwozi nas kawałek (ok. 1 godz. na piechotę) i wysadza przed stadem kangurów oraz rzeszą ludzi.

PSX_20150607_233941

I jak nie zakochać się w takim oto osobniku? :)

Patrzysz i nie wierzysz – są . Leżą, siedzą, patrzą, skaczą. Na wyciągnięcie ręki! I chodzisz tak. I patrzysz. I jest jakoś tak…nierealnie? Jak absurdalnie brzmi myśl, że kangury…wyciszają? Staliśmy i gapiliśmy się na nie. I bylo miło, a w tle dyskretnie jaśniały mury szpitala psychiatrycznego. 

PSX_20150607_234422

Siedzą, leżą, czekają. One wiedzą, że przyjedziesz.

PSX_20150607_234125

Człowiek + kangur + bliskość szpitala psychiatrycznego = totalny relaks!

Podobno „kangur” znaczy „nie rozumiem” w jednym z narzeczy aborygeńskich,  języku Guugu Yimidhirr. Legenda miejska głosi, że gdy kapitan James Cook zapytał Aborygena o nazwę dziwnego zwierzęcia, ten odpowiedział mu „gang-oo-roo”, czyli po prostu ” nie rozumiem”. A Cook z radością obwieścił światu, że widział kangura. (Potem, podobno, okazało się, że Aborygeni faktycznie właśnie tak określają kangury szare). Tyle z legend miejskich.

A kangury…kangury czekają. Obserwują. Kangury wiedzą, że przyjechało jedzenie. Codziennie tłum turystów wylewa się z pociągu z city i z samochodów. I tłum przywozi ze sobą chlebek. I pomarańczki. I prażony ryżyk. I karmi kangurki kicające po polance. A kangurki wszystko jedzą. A potem zdychają. Bo kangurki nie wiedzą, że kanapka z szynką to nie dla nich. Ale ludzie wiedzą. Tylko co zrobić, jak focia na fejsa musi być.

PSX_20150608_110946

Kangur cierpliwy jest. Poświęci się, do selfie zapozuje. Tylko człowieku daj jeść!

Obserwując te wydarzenia i od czasu do czasu rzuciwszy odpowiedni polski komenatrz (obejmujacy ciekawe przymiotniki) w stronę ludzi z chlebkiem, my także postanowiliśmy coś skonsumować w tych niezwykłych okolicznościach przyrody. Znaleźliśmy kącik z dala od ludzi i kangurów, na małej kłodzie przycupnęliśmy. Ale one nas namierzyły. 

PSX_20150608_105429

Główny namierzający – na ładne oczka nas bierze…

– Szybciej, zanim kangury nas zobaczą! (Nigdy nie sądziłam, że wypowiem tak absurdalne zdanie. A jednak! I było jak najbardziej poważne). Roberto szybko wygrzebał kanapki z odmętów naszego plecaka, ale było już za późno. Kangury szły (kicały?) w naszą stronę. Wiedziały, że człowiek + plecak + coś tam w ręce = darmowy obiad. A my wiedzieliśmy, że nie uciekniemy.

Przyszedł jeden na próbę. Mordką zaczepił. Nic nie dostaniesz – pokiwałam mu placem. Łapką podrapał. Schowałam banana. Spojrzał smutno. Pokiwałam głową, że nie ma szans. A on… na mnie, hytż! No to ja za kłodę. A Roberto? Jak na statecznego Inżyniera przystało: stoi i cyrk ogląda.

PSX_20150607_235916

Hej, co tam masz? No pokaż!

PSX_20150608_000047

No podziel się! Nie bądź żyła!

PSX_20150608_105255

Po dwóch kładki stronach stali…

Więc stoimy tak naprzeciwko siebie – mały rudy człowiek i niemały rudy kangur. Kangur hops na moją stronę! No to ja przez kłodę na przeciwną! On na moją stronę, to ja na jego. I tak sobie poskakaliśmy chwilę z panem kangurem aż stwierdziliśmy, że w tym sporcie to ja szans akurat nie mam…

Cóż, resztę posiłku zjedliśmy z Robertem za drutem kolczastym. Sami i bezpieczni. Troszkę dalej od kangurów, nieco bliżej samego szpitala psychiatrycznego… I nawet udało się nam tego dnia jakoś nie zwariować.

PSX_20150608_111211

Cudak mały!

Co? Kangury

Gdzie? Morisset, 2 godz. na północ od Sydney

Jak? Pociągiem: linia Central Coast & Newcastle, odjazd z Central Station

Za ile? Wstęp za darmo. Bilet także jeśli korzystasz z karty Opal i przeczytałeś to: http://bolamniepoliczki.pl/jak-przezyc-poczatki-w-sydney/

0

 likes / 0 Komentarze
Lubisz? To polub!

Ciekawe? Skomentuj!


Kliknij na postaci, aby przewinąć

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec